Lawenda – Prowansja w ogródku

Lawenda – kwiaty z Prowansji w moim ogrodzie :).

Przez cały okres lata cieszę się jej widokiem i zapachem. Gdy tylko poruszam gałązkami lawendy, dookoła krzaczka roztacza się przepiękna woń.

Trzy lata temu posadziłam kilka sztuk lawendy na rabatce między dwiema morelami.

Świetnie rośnie w słońcu i na suchej, dobrze zdrenowanej, przepuszczalnej glebie (pH 6,5 – 7,5.) Ziemia na mojej działce jest piaszczysta, dlatego polubiła to miejsce i rośnie pięknie.
Ziemię wokół lawendy systematycznie odchwaszczam, bo nie lubi konkurencji chwastów.

Lawendy nie należy sadzić w dużym zagęszczeniu, bo jej gałązki i liście mogą zagniwać i zamierać. Roślina wymaga bowiem dobrej cyrkulacji powietrza. Najbardziej optymalna odległość między krzaczkami to 35 cm (3 sztuki na metr bieżący). Sadzić można ją przez cały sezon, w razie dostępu w centrach ogrodniczych.

Nie lubi: nadmiaru wody (wodę dostarczać należy wyłącznie pod korzenie), zraszania szczególnie wieczorem, wysuszających wiatrów, zimna i nadmiaru nawozów.

Kwitnie bardzo długo. Pierwsze kwiatki pojawiają się już w czerwcu. Lawenda może powtarzać kwitnienie aż do października.

W trakcie kwitnienia jej zapach wabi bąki i pszczoły. Kwiaty uginają się pod ciężarem owadów :).

Ścinanie kwiatów powoduje ponowne pojawienie się nowych, chociaż w mniejszej ilości. Dlatego ścinam je (choć z żalem) i robię suszone bukiety z jej udziałem. Potem same suche kwiatostany ucinam i umieszczam w lnianych woreczkach. Aromatyzują wiele moich szafek z ubraniami i odstraszają mole.

Lawendę wykorzystuję również kulinarnie.
Latem ze świeżych a potem z suszonych kwiatów, piekę przepyszne ciasteczka lawendowe pieguski (tutaj znajdziesz przepis).

W tym roku zrobiłam też nalewkę lawendową (klik) i syrop cukrowy (klik).  Nalewka jest bardzo smaczna. Dobrze będzie zimą, delektować się tym trunkiem wspominając czas kwitnienia lawendy.
Pijemy też lawendowe herbatki, ponieważ pomagają na skołatane nerwy i ułatwia zasypianie.

Ta mała krzewinka z drzewiastymi łodygami osiąga wysokość od 15 do 60 cm. Moja lawenda to lawenda lekarska (Lavandula angustifolia). Jej listki są bardzo wąskie, o długości od 2 do 5 cm, o kolorze szaro-zielonym, lekko kosmate.

Lawenda bardzo dobrze znosi cięcie co szczególnie ważne jest po przekwitnięciu, gdyż nadmiernie wybujała roślina wygląda mało efektownie i słabiej kwitnie w następnych latach.

Lawendę należy ciąć 2 razy do roku, na wiosnę (w kwietniu) i po kwitnieniu.
W kwietniu skracamy gałązki o kilka centymetrów.

Cięcie letnie (sierpień – wrzesień) wykonuję tak, aby ściąć cały kwiatostan i niektóre pędy młodych liści.
Robię to powyżej widocznego zdrewnienia gałązki. Zostawiam dwie – trzy pary liści nowego przyrostu z wypuszczanymi u ich nasady nowymi gałązkami.

Mocno przycięte pędy przeznaczyłam w tym roku na zrobienie sadzonek.
Powinny mieć zapewnioną wilgoć, dlatego dobrze jak okryje się je przeźroczystą folią.

Można pobierać je wiosną i latem. Sadzonki długości 7-10 cm (ze szczytu nowego przyrostu) umieściłam w multiplacie z piaszczystą ziemią. Dla pewności zanurzyłam je w ukorzeniaczu.

I czekam.
Mam nadzieję, że zabieg się powiedzie i w przyszłym roku będę miała młode lawendy, dla których planuję już nowe miejsce w ogrodzie.

Zrobiłam też odkłady.
Odkłady polegają na przygięciu dość długiej łodygi do gruntu i przytwierdzeniu jej do ziemi drutem w kształcie literki U.

Ja na razie nie zauważyłam, aby gałązki puściły korzenie (a zrobiłam je w kwietniu), dlatego zostawiam je do wiosny. W przyszłym roku gdy pojawią się korzenie, odkład będzie można odciąć i umieścić w nowym miejscu.

Lawendę rozmnażać można również poprzez wysiew nasion.
Nasiona najlepiej wysiać jesienią, gdyż lepiej kiełkują po przechłodzeniu. Przy siewie wiosennym trzeba je wcześniej umieścić w lodówce.
W tym celu, najlepiej w lutym, wysypać nasionka do wyprażonego w piekarniku piasku i na miesiąc wsadzić do lodówki. Nasiona można też zebrać samemu, z dojrzałych kwiatostanów. Zbierać należy kiedy są suche i czarne.

Wysiewamy je w kwietniu do skrzyneczek. Lekko przykrywamy piaskiem. Po około 4-6 tygodniach powinny wzejść. I tak zostawiamy je do wiosny następnego roku w zacisznym miejscu, odpowiednio przykrywając. Wynosimy na zewnątrz domu, jednak nie wystawiamy w pełnym słońcu. Gdy mają 10 cm można je przesadzić. Uszczykujemy roślinki celem rozkrzewienia. Wysadzamy na miejsce stałe jesienią następnego roku. Okrywamy agrowłókniną lub przesadzamy do skrzynek i przenosimy do szklarni.
Informację tę podaję na podstawie danych znalezionych w internecie.

Ja próbowałam rozmnażać lawendę z nasion, jednak nie poddałam ich procesowi stratyfikacji (przechłodzeniu). Być może dlatego nasionka nie wykiełkowały.

Po około 6 latach lawenda starzeje się i nieestetycznie wygląda.

W środku krzewu widać stare, zdrewniałe gałęzie i kępa ma rozłożysty pokrój, często znacznie się pokłada. Wtedy zaleca się wykopać stare, zdrewniałe krzewy i zastąpić je nowymi.
Można próbować je „odmłodzić”. Takie cięcie wykonuje się na wiosnę. Należy wyciąć 1/3 wszystkich pędów, aby prześwietlić krzew. Zachęca to roślinę do wypuszczania młodych pędów u jej podstawy. Nowe pędy zostawiamy przez jakiś czas i w połowie lata skracamy o połowę. Potem usuwamy pozostałe, stare pędy całkowicie, a pozostawiamy tylko świeżo wypuszczone, tegoroczne pędy.
Dzięki takiemu zabiegowi krzew powinien znacznie się obniżyć.

Lawenda jest rośliną zimozieloną. Dlatego robię jej okrycia z agrowłókniny lub gałązek świerkowych. Tak już, bez żadnych uszkodzeń, przezimowała 3 kolejne po sobie zimy.

Anglicy mówią, że tam gdzie w ogrodzie rośnie lawenda, małżonkowie nigdy się nie kłócą.
Czy to prawda. Sami się domyślcie :).

Szklarnia – bardzo potrzebna

Tak wyglądają moje pomidory po wczorajszym deszczu i zimnej nocy  :cry:

Na szczęście tylko Malinowy Ożarowski (na zdjęciu) odczuł to najmocniej. Owoce były popękane, tak jakby ktoś zrobił im nożem głębokie nacięcia.

Pomidory wykorzystałam od razu, inaczej zepsuły by się niechybnie. Dodałam je do chili con carne (klik).

 

 

Sąsiad zrobił w zeszłym roku tunel foliowy. Z pewnością jego pomidorom nic się stało.

U nas stoi już konstrukcja z kątowników. Na wiosnę została wymalowana. Niestety brakło czasu, aby ją oszklić. Była połowa maja, a mnie spieszyło się z posadzeniem sadzonek pomidorów.

Jak tylko pozbieram wszystkie pomidory zlikwiduję krzaczki, z pewnością prace z dokończeniem szklarni zostaną wznowione i na przyszły rok nie będę już martwić się niezbyt łaskawą dla pomidorów pogodą.

 

W tym roku udało nam się wykonać specjalną konstrukcję ułatwiającą prowadzenie krzaczków.

Konstrukcja to kilka (u nas 4) pionowych słupków (wysokie na 160 cm), które dla ich ustabilizowania połączone są poziomymi rurkami.
Pomiędzy słupkami został rozciągnięty kabel do którego przywiązywałam krzaczki.

Kable prowadzone zostały na kilku poziomach. Odległość między kablami to jakieś 25-30 cm.

Na zdjęciu możecie podglądnąć jak to wygląda – widać skrajny słupek i sposób połączenia z poziomą rurką.

Tak więc widzicie, że fachowo podchodzimy z mężem do uprawy pomidorów.
Jak tylko uda nam się oszklić konstrukcję, w przyszłym roku będę mogła wysadzić sadzonki dużo wcześniej.

Pomidory uprawiane pod szkłem są również mniej narażone na choroby grzybowe. Zatem same korzyści nas czekają :).

A oto jeszcze jedno zdjęcie uszkodzonych owoców Malinowego pomidora :(.

Jagody Goji – czerwone diamenty

Goji nazywane są w medycynie chińskiej

„czerwonymi diamentami”.

Są (według informacji jakie znalazłam w internecie) najbogatszym w składniki odżywcze pożywieniem na świecie.

Spożywanie jagód goji opóźnia procesy starzenia, oczyszcza krew, wzmacnia oczy, mięśnie i kości (hamuje osteoporozę), poprawia potencję, wzmacnia organizm, działa przeciwnowotworowo. Nazywane są również „owocami długowieczności”.

Podobno stanowią podstawowy składnik diety znanej amerykańskiej piosenkarki Madonny. To dzięki nim zachowuje ona wciąż młody wygląd.

Czy to  nie wystarczy, aby ją mieć we własnym ogrodzie?
Dlatego podczas wiosennych zakupów w centrum ogrodniczym, od razu zwróciłam uwagę na niewielkie krzaczki tej rośliny.
Zdziwiłam się, że można uprawiać ją w Polsce. Jednak zachęcające informacje z etykietki i zapewnienia sprzedawcy, skusiły mnie do jej zakupu.

I nie żałuję, bo pierwsze owoce już mam na krzaczkach.

 

Najpierw pojawiły się delikatne fioletowe kwiaty. Zdobią one krzew przez całe lato, od maja do sierpnia. Zapylenie, prowadzące do zawiązywania owoców odbywa się dzięki owadom.

Sadzenie większej ilości krzewów w sąsiedztwie zwiększa plonowanie. Ja mam dwa krzaczki.

 

 

Zgodnie z opisem na etykietce owoce dojrzewają od sierpnia do października.
U mnie pojedyncze owoce pojawiły się na początku września. Mają interesujący elipsoidalny kształt oraz intensywny, czerwono-pomarańczowy kolor. Są długie na ok. 1 – 2 cm.

 

Można je zjadać prosto z krzaka, a potem wysuszone na słońcu. Zgodnie z informacją producenta – jagody po całkowitym ich dojrzeniu są jadalne.
Owoce są tak delikatne, że aby ich nie uszkodzić nie należy ich zrywać lecz strząsać z krzewu.

Dzięki swojemu delikatnemu smakowi jak i bogactwu dobroczynnych składników, stanowią one (jak podaje internet) często używany składnik dań kuchni chińskiej.
Dodaje się je do ryżu, zup z warzywami oraz do potraw z kurczaka i wieprzowiny. Spożywa się je również jako przekąskę lub jako dodatek do muesli, wypieków i deserów.

Ja wszelkie doznania smakowe mam jeszcze przed sobą. Niech tylko dojrzeją wszystkie zawiązane na krzaczkach owoce :).
Można dodawać owoce goji do herbaty, pić zrobiony z nich odwar. Mnie najbardziej jednak podoba się pomysł na zrobienie nalewki, którą pije się później jako lekarstwo. Na pewno napiszę o tym na blogu Apetyt na Ogród (klik).

Kolcowój szkarłatny (Lycium barbarum) można z powodzeniem uprawiać w ogrodzie bądź w dużej donicy na balkonie.

Roślina jest odporna na mróz, ale także na suszę czy wysoką temperaturę, a także zanieczyszczenie powietrza. Doskonała do miejskich warunków, znosi duży poziom zanieczyszczeń komunikacyjnych i zasolenia gleby. Znosi także nadmierną wilgoć.

Nie ma wysokich wymagań uprawowych. Najlepiej uprawiać jagody Goji na glebach żyznych i przepuszczalnych. Roślina nie znosi podłoża gliniastego, ciężkiego i podmokłego. Stanowisko do uprawy jagód Goji powinno być dobrze nasłonecznione i ciepłe.
Roślina owocuje w 2–3 roku po posadzeniu (u mnie zaowocowały już w tym samym roku). :)

Krzewy warto silnie przycinać wiosną przez pierwsze 2 lata po posadzeniu. Cięcie pobudzi wzrost i zwiększy plonowanie. W kolejnych latach, można lekko przycinać roślinę po zbiorach owoców.

Goja jest silnie rosnącym krzewem o wzniosłym kształcie, dorastającym do 2-2,5 metrów.

Wypuszcza dużo, długich pędów. Potrzebuje podpór.

Z pewnością w przyszłym roku, będzie trzeba wykonać dla nich specjalną konstrukcję .

 

 

 

A oto kilka informacji o zawartości witamin i minerałów (spisane z etykietki).

Owoce zawierają 2500 mg witaminy C w 100 g, co sprawia, że są na 3 miejscu wśród roślin bogatych w tą witaminę. Mają dużo witaminy z grupy B i witaminę E, a także mikroelementy: cynk, żelazo, miedź, wapń, german, selen i fosfor. Zawierają 21 niezbędnych dla zdrowia minerałów i 19 aminokwasów. Zawarty w nich beta-karoten, poprawia wzrok. Literatura podaje, że regularne ich spożywanie wzmacnia odporność organizmu.

Niedawno dowiedziałam się, że Goję rozmnaża się poprzez wysiew nasion.
Można je pozyskać mocząc suszone owoce Goji.
Zakupiłam więc je w sklepie Gojishop.pl i zamierzam ten sposób wypróbować.
O efektach moich prac związanych z produkcją siewek, napiszę z pewnością na blogu.

Większość suszonych owoców zamierzam zjeść, bo moje jagody na krzaczku są ciągle zielone. Dojrzewają bardzo powoli, dlatego na razie muszę zadowolić się suszonymi ;).
Przepisy na dania z Goją zamieszczam na blogu kulinarnym Apetyt na Ogród.
Pierwsze danie to Curry z owocami wiecznej młodości (klik).

 

Suszone jagody goji możesz kupić na gojishop.pl (klik) lub wygrać w moim konkursie (klik). Zapraszam!

Nowe informacje na temat uprawy goji – Goja obsypana owocami (klik).

Moja duma w warzywniaku

Połowa września.

W ogrodowym warzywniaku powoli robi się pusto. Nieubłaganie nadchodzi jesień.

A ja dopiero dzisiaj zebrałam pierwszy, pełny kosz z pomidorami. Bardzo późno w tym roku. A to dlatego, że moje krzaczki (tuż po wysadzeniu) bardzo brutalnie potraktował grad.

Długo nie mogły się odrodzić. Na szczęście u nasady liści pojawiły się boczne pędy. Normalnie ich nadmiar usuwam, ale w tym przypadku był to warunek „być albo nie być” dla pomidorów.

Krzaczki zostały zrekonstruowane i dzięki temu, mam w ogóle w tym roku pomidory :).

Odmianą, którą najbardziej sobie cenię jest pomidor Bawole Serce.
Ma bardzo mięsiste owoce, prawie pozbawione pestek. Pomidory wybarwiają się na kolor malinowy. Są bardzo smaczne.

Jego owoce to chyba olbrzymy wśród pomidorów. Jeden z tych, który wczoraj zerwałam ważył 651 g (to ten po prawej stronie na zdjęciu). Na krzaczku mam jeszcze kilka innych, które wyglądają na równie duże. Ciekawe jakie ostatecznie urosną, bo czytałam, że mogą ważyć nawet kilogram.

 

Ze względu na wielkość owoców, odmiana ta wymaga specjalnych podpór. Inaczej krzaczki mogłyby się złamać.

Dlatego, mój małżonek zaprojektował i wykonał specjalną konstrukcję, która służy również wszystkim naszym pomidorom.

Konstrukcja składa się z kilku słupków, wykonanych z metalowych rurek, pomiędzy którymi rozciągniętych jest kilka poziomów kabli.

 

 

W jednym rzędzie postawione zostały 4 słupki. Pomiędzy nimi posadziłam po 2 krzaczki pomidorów.

Za pomocą włóczki przywiązywałam łodygi pomidorów do poziomych kabli.

Pomidory sadziłam do głębokich dołków, bo stojące na parapecie okiennym sadzonki bardzo mocno wybujały. Mogłam więc wsadzić je głębiej, zostawiając jedynie po 2 pary liści nad ziemią. Głębokie sadzenie pomidorów ma też taką zaletę, że pod ziemią łodyga puszcza korzonki i w ten sposób buduje sobie mocny system korzeniowy.

Na dno każdego dołka wsypałam granulat kurzeńca (ilość zgodnie z opisem na opakowaniu). Następnie przysypałam go ziemią, tak aby korzonki sadzonki nie stykały się z nim bezpośrednio. W innym przypadku, nawóz mógłby uszkodzić roślinę.

Dodatkowo, każdy pomidor dostał ode mnie osłonkę wykonaną z plastikowej 5 l butelki po wodzie mineralnej.
Spełniała ona rolę lejka podczas podlewania.
Miałam w ten sposób pewność, że woda i nawóz z pokrzywy, którym co roku podlewam pomidory, trafił prosto do korzeni rośliny.

W przyszłym roku zamierzam nawozić również przefermentowanym kurzeńcem. Czytałam, że świetnie po nim rosną.

Aby uniknąć chorób, które potrafią zniszczyć dosłownie w jeden dzień całą plantację, opryskujemy je stosując środki chemiczne. Niestety nie mam odwagi zapobiegać chorobom naturalnymi metodami. Zbyt dużo czasu poświęcam przygotowując, już od marca rozsady, aby później pozostawić je samym sobie.

Stosując karencję przy opryskach, mam przecież gwarancję, że owoce będę zdrowe i bezpieczne.
O stosowanych przeze mnie preparatach, napiszę na pewno w innym poście.